Cena przyjaźni

Polonijne to i owo czer 2, 2018 at 10:45 pm

Karolina straciła wiarę w ludzi i bezinteresowną przyjaźń, po tym, jak zawiodła się na najbliższej przyjaciółce. Posłuchajmy…

Martę znam od dzieciństwa – mieszkałyśmy w tym samym apartamentowcu nieopodal polskiej plazy Wisła w Mississaudze. Chodziłyśmy do tej samej szkoły podstawowej, później do tego samego high school. Wspólnie z jej i moimi rodzicami spędzałyśmy weekendy poza miastem. Byłyśmy jak papużki-nierozłączki. Pocieszałyśmy się wzajemnie po pierwszych miłosnych zawodach, wspierałyśmy gdy któraś z nas miała “doła”, znałyśmy swoje najskrytsze sekrety, byłyśmy po prostu razem na dobre i na złe.

Lata mijały, ja poznałam Mirka, wyszłam za mąż, urodziłam syna. Wzięliśmy kredyt hipoteczny i udało nam się kupić  mały domek w Burlington.  Marta z kolei zamieszkała ze swoim chłopakiem – Wojtkiem, ale postanowili żyć w wolnym związku. Mimo, iż przybyło mi obowiązków, zawsze potrafiłam znaleźć czas dla przyjaciółki. Dbałam o tę przyjaźń tak jak dawniej. Kiedy więc Marta straciła pracę, bez wahania zaproponowałam jej, by została opiekunką (oczywiście odpłatnie) dla mojego dwuletniego synka, do czasu nim nie znajdzie czegoś lepszego. Wiedziałam, że Wojtek nieźle zarabia, ale Marta zawsze chciała być niezależna, zgodziła się więc od razu. A ja cieszyłam się, że moim dzieckiem będzie opiekować się ktoś, komu mogę zaufać. Do czasu, kiedy z naszego domu zaczęły znikać różne przedmioty. Najpierw Mirek nie mógł znaleźć swojego drogiego zegarka, później zniknęła gdzieś moja złota bransoleta, dwie pary kolczyków i łańcuszek. W tym samym czasie Marta poprosiła nas o pożyczkę – mieli okazję kupić małe mieszkanie, ale brakowało im 15 tysięcy. Przekonałam męża, że komu jak komu, ale najlepszej przyjaciółce nie boję się zaufać, tym bardziej, że Marta właśnie znalazła pracę i zobowiązała się spłacać w ratach pożyczoną kwotę. Wypłaciłam pieniądze z konta i dałam przyjaciółce, nawet przez myśl mi nie przeszło, by spisywać jakieś oświadczenie.

Od tamtego dnia Marta straciłam kontakt z Martą – nie odpisywała na moje sms-y, nie odbierała telefonu. Zaczęłam się niepokoić, w końcu zadzwoniłam do Wojtka. Okazało się, że rozstał się z Martą miesiąc wcześniej, a co najgorsze wcale nie mieli zamiaru kupować mieszkania. Na szczęście, znałam adres pod którym mieszkała moja   przyjaciółka. Nie była nawet zdziwiona, gdy zobaczyła mnie w progu. Tłumaczyła, że wpadła w depresję po rozstaniu z Wojtkiem, że zepsuł się jej telefon i tym podobne bzdury.

Kiedy zażądałam zwrotu pieniędzy, spojrzała na mnie jak na zjawę z kosmosu i spokojnie powiedziała, że powinnam chyba udać się do psychiatry, bo mam zwidy, ona bowiem ode mnie żadnych pieniędzy nigdy nie pożyczała! Na domiar wszystkiego, kazała mi wynosić się ze swojego mieszkania i oświadczyła, że zrywa ze mną kontakty. Nie miałam wyjścia, byłam świadoma, że nigdy nie odzyskam  ani pożyczonych pieniędzy, ani przedmiotów, które (była już wtedy 100 procent pewna) ukradła Marta.

Wróciłam do domu i opowiedziałam o całym zajściu Mirkowi. Nie powiem, że przyjął to ze stoickim spokojem, tak jak i ja wiedział przecież, że nie mamy żadnych dowodów na to, że Marta wzięła od nas pieniądze.  Dla mnie nie one jednak były ważne, ale to, że okradła mnie najlepsza przyjaciółka. Ktoś, kogo znałam od lat, komu ufałam i traktowałam jak siostrę.  Ktoś, dla kogo przyjaźń warta była 15 tysięcy dolarów i parę błyskotek…