Najważniejsi są ludzie – wywiad z Grantem Gorchyńskim

Polacy w Kanadzie Top News paźd 17, 2018 at 12:30 pm
Grant jest zaangażowany w sprawy zwykłych ludzi 

Grant jest zaangażowany w sprawy zwykłych ludzi

Nadchodzące wybory samorządowe należą do Polaków. W czwartym, najmniejszym terytorialnie okręgu wyborczym w Mississaudze, lecz jednym z najliczniejszych pod względem startujących kandydatów, znowu mamy na liście swojego rodaka. Grant G. Gorchyński to zdolny i wykształcony kolejny młody kandydat ubiegający się o fotel radnego.

Twój dziadek był dyplomatą w austriackiej ambasadzie w Waszyngtonie. Wygląda na to, że masz nie tylko polskie, ale też bardzo mocne korzenie polityczne?
- Zgadza się. Polityka nie jest mi obca. Mój dziadek rzeczywiście pracował w ambasadzie w Waszyngtonie. Był nawet gościem w Białym Domu na przyjęciu z amerykańskim prezydentem Dwightem D. Eisenhowerem. Ale z tym łączy się inna nasza rodzinna historia.

Jaka?

- Po przybyciu do Kanady dziadek nie mógł znaleźć pracy. Nie dlatego, że tej pracy nie było, ale dlatego, że był za bardzo wykształcony. Posiadał bowiem dwa doktoraty, jeden z ekonomii, a drugi z prawa. Ludzie, z którymi odbywał rozmowę kwalifikacyjną, zwyczajnie bali się, że ich „wygryzie”. Znajomość mojego dziadka z austriackim ministrem otworzyła mu drogę na stanowisko dyplomaty. Dziadkowie musieli przeprowadzić się do Waszyngtonu. Bardzo dużo podróżowali i wciąż się przeprowadzali, co z dwojgiem małych dzieci było męczące. Pomimo dobrej sytuacji materialnej, moja babcia chciała być niezależna. Kiedy wrócili na stałe do Kanady, próbowała działać na własną rękę i szyć swetry. Miała w planie robić to na większą skalę, ale pomysł spalił na panewce. Nigdy jednak nie poddawała się. Mieszkając jeszcze w Europie, była studentką architektury. Postanowiła wykorzystać te umiejętności, kiedy wrócili do Oakville. I tak od dziadka dyplomaty, przesunęliśmy się do mojej babci, która była pierwszą kobietą budowlańcem w Kanadzie. Zaprojektowała, wybudowała i sprzedała czterysta domów w Oakville. Firma przekształciła się w biuro nieruchomości, które dzisiaj nazywa się Lisgar Commercial Real Estate i którego jestem właścicielem. Historia mojej babci opisana jest w znanej książce „Above and Beyond the Glass Ceiling” Michaela Caldwella.

zz Z Hazel McCallion na wiecu dla społeczności Kingsbridge

Z Hazel McCallion na wiecu dla społeczności Kingsbridge

Czy to właśnie ze względu na tę rodzinną historię w Twoim programie wyborczym kładziesz ogromny nacisk na pomoc dla seniorów oraz niepełnosprawnych?

- Zdecydowanie tak. Zostałem wychowany w szacunku i poszanowaniu dla starszych. Potrzebujemy w życiu punktów odniesienia do tego, co nas otacza. Trudno samemu od urodzenia decydować co jest dobre, a co złe, co nas prowadzi we właściwą stronę, a co na manowce. Moi dziadkowie, jak i rodzice są dla mnie ważni właśnie dlatego, że pokazywali mi właściwe drogi w życiu. Dlatego dzisiaj jestem, kim jestem. Urodziłem się i mieszkam w Mississauga, w mieście, które niestety się starzeje. To widać w statystykach. W moim okręgu mieszka bardzo dużo seniorów. Trzeba tym ludziom pomagać, bo to kiedyś oni budowali miasto, w którym żyjemy. Mam w swojej grupie wolontariuszy starsze małżeństwo, w którym jedno z nich ma demencję starczą. Pomaganie przy mojej kampanii daje im tyle radości, że choćby dla tego jednego przypadku warto to robić. Czują się tu potrzebni. Moja koleżanka, która pomaga mi przy organizacji biura, jest niepełnosprawna, więc jestem na bieżąco ze wszystkimi codziennymi problemami tych osób w naszym regionie. Poza tym współpracuję z organizacją kobiet „Avanti Women” oraz działam w klubach na rzecz ludzi młodych.

W jaki sposób chcesz pomóc osobom starszym i niepełnosprawnym?

- Tworze listę problemów i potrzeb na podstawie rozmów, które przeprowadzam z mieszkańcami. Jestem managerem budynku przy Kingsbridge, więc znam tu naprawdę dużo osób. Do mojego biura cały czas ktoś przychodzi, telefonuje lub pisze e-maile. Ja z kolei codziennie pukam do drzwi ludzi, których jeszcze nie zdążyłem poznać. Na podstawie tej listy chcę realizować potrzeby mieszkańców. Jednym z moich punków wyborczych jest utworzenie dodatkowego przystanku przy skrzyżowaniu Kingsbridge i Hurontario na linii „LRT” – czyli Light Rail Transit, tramwaju łączącego Mississaugę z Brampton. Okolica Kingsbridge będzie jedną z najgęściej zaludnionych miejsc, przez które będzie przejeżdżał tramwaj “LRT”. Aktualnie w odległości dwustu metrów od proponowanego przystanku mieszka około 12 tysięcy mieszkańców. Ponad 10 tysięcy przybędzie, kiedy zakończy się budowa planowanych osiedli i budynków komercyjnych. Znajduje się tam ponad 500 biur, do których codziennie komunikacją dojeżdżają pracownicy. Kingsbridge jest także strategicznym punktem dla osób starszych i niepełnosprawnych. Mieści się tam sporo gabinetów lekarskich, laboratoriów oraz punkty USG i rentgen. Dlatego też stworzyłem społeczną inicjatywę utworzenia tego dodatkowego przystanku o nazwie „LRT for Kingsbridge”, gdzie na stronie internetowej www.mississaugalrt.com można ściągnąć przykład listu elektronicznego, petycji, do obecnego radnego oraz burmistrza. Wystarczy go tylko wypełnić i wysłać. E-maile podane są na górze listu.

To jest bardzo sensowny projekt, lecz na pewno wiąże się z ogromnymi dodatkowymi kosztami.

- Akurat tak się składa, że z zawodu jestem księgowym, więc byłbym w stanie odpowiednio przygotować budżet. Wiem, jak weryfikować dokumenty księgowe pod względem merytorycznym i rachunkowym. Pieniądze na ten projekt muszą się znaleźć, bo to jest przystanek, który jest potrzebny ludziom, a ten projekt jest właśnie dla ludzi. Nie ma ani jednego powodu, dla którego ten przystanek miałby nie powstać. Moje wykształcenie i wieloletnie doświadczenie w biznesie są moimi mocnymi stronami, jeśli chodzi o stanowisko radnego. W Ontario mamy bardzo duży dług finansowy. Jestem konserwatystą i uważam, że trzeba nie tylko szanować pieniądze podatnika, ale też na każdym szczeblu szukać oszczędności.

Grant w swoim biurze

Grant w swoim biurze

W Twoim okręgu startuje sporo, bo aż dziewięciu kandydatów. Jak oceniasz swoje szanse?

- Myślę, że tu nie chodzi o to, kto co powie, ale co zrobi. Jestem dzieckiem imigrantów. Mam korzenie polskie i niemieckie. Wychowywałem się w domu, gdzie wszystko przychodziło z ciężką pracą. Wiem, że sporo Polaków przyjechało tutaj z tą jedną przysłowiową walizką. Do wszystkiego dochodzili sami. Czasem pomysły wypalały, czasem upadały i pociągały za sobą fortuny. Sensem bycia radnym to umiejętność słuchania ludzkich problemów związanych z ich miejscem zamieszkania. Jak pękła rura to trzeba się tym porządnie zająć. Jeśli jest problem ze śmieciami i śmietnikami na danym osiedlu to trzeba go rozwiązać. Niby to takie banalne, ale obecny radny nie zajmuje się wieloma problemami naszej okolicy. Wiem to od ludzi i nie boje się tego głośno powiedzieć.

Jesteś waleczny?

- Powiedziałbym raczej, że jestem zdeterminowany i dążę do realizacji swoich celów, bo robię to dla potrzebujących. Dokładnie tak, jak robiła moja babcia. Ona nigdy się nie poddawała. Projektowała i budowała domy w latach, kiedy większość kobiet nie mogła głośno wyrazić swojego zdania, a co dopiero konkurować w pracy z mężczyznami. Dla niej, jak i dzisiaj dla mnie zawsze najważniejsi byli i będą ludzie.

Rozmawiała Adrianna Tomkowiak