Największa elektrownia jądrowa świata może powstać w Ontario
Największa elektrownia jądrowa świata może powstać w Ontario

David Erland (po lewej) i Faye More przed domem, w którym mieszka Erland i jego partnerka w Port Hope.
Rząd Ontario chce zbudować w Port Hope elektrownię jądrową, która mogłaby stać się największym tego typu obiektem na świecie. Inwestycja ma zapewnić tysiące miejsc pracy i energię potrzebną rozwijającej się prowincji. Część mieszkańców zdecydowanie się jej jednak sprzeciwia. Port Hope od dziesięcioleci zmaga się bowiem ze skutkami skażenia odpadami radioaktywnymi, a największa operacja oczyszczania terenu w historii Kanady wciąż nie została zakończona.
Liczące około 18 tys. mieszkańców Port Hope leży nad jeziorem Ontario, około 100 km na wschód od Toronto. To właśnie w dzielnicy Wesleyville prowincja planuje budowę nowej elektrowni jądrowej.
Minister energetyki Ontario Stephen Lecce przedstawiał przedsięwzięcie jako kolejny krok w kierunku zapewnienia prowincji bezpiecznej przyszłości energetycznej. Podobnie ocenia je burmistrz Port Hope Olena Hankivsky. Jednak dla części starszych mieszkańców zapowiedź nowej inwestycji otworzyła stare rany.
Historia Port Hope związana z materiałami radioaktywnymi sięga lat 30. ubiegłego wieku, gdy firma Eldorado uruchomiła tam rafinerię radu. Później zakład rozpoczął przetwarzanie uranu, dostarczanego podczas II wojny światowej również Stanom Zjednoczonym. Materiał trafiał m.in. do programu Manhattan, w ramach którego skonstruowano pierwsze bomby atomowe.
Przez dziesięciolecia skażona ziemia, skały i materiały budowlane trafiały w różne miejsca Port Hope. Wykorzystywano je m.in. przy budowie dróg, parków, szkół i domów.
Dopiero w 2001 roku rząd federalny zawarł porozumienie z Port Hope i sąsiednim Clarington w sprawie usunięcia i zabezpieczenia historycznych niskoaktywnych odpadów promieniotwórczych. Rozpoczęto gigantyczny program Port Hope Area Initiative.
Skala problemu okazała się ogromna. Przebadano około 5 tys. miejsc na terenie gminy i w mniej więcej 1200 stwierdzono pewien poziom skażenia. Oczyszczono już ponad 400 prywatnych nieruchomości i kilkanaście dużych terenów publicznych. Do specjalnego składowiska wywieziono prawie trzy miliony ton niskoaktywnych odpadów, głównie ziemi i skał. Cały program ma kosztować około 2,6 mld dolarów. Prace na około 800 pozostałych prywatnych posesjach mają potrwać do 2032 roku.
I właśnie w trakcie tej operacji mieszkańcy dowiedzieli się, że Port Hope może otrzymać kolejną potężną inwestycję nuklearną.
Nawet 10 tys. megawatów
Ontario Power Generation przekonuje, że współczesnej energetyki jądrowej nie można porównywać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Według spółki sektor działa obecnie w ramach jednego z najbardziej rygorystycznych systemów regulacyjnych na świecie, obejmującego bezpieczeństwo, ochronę środowiska oraz gospodarkę odpadami.
OPG jest właścicielem terenu przeznaczonego pod inwestycję od ponad pół wieku. Elektrownia mogłaby osiągnąć moc nawet 10 tys. MW. Dla porównania osiem reaktorów elektrowni Bruce Power w Kincardine wytwarza około 6500 MW. Gdyby projekt w Port Hope został zrealizowany w maksymalnej zakładanej skali, obiekt mógłby zostać największą elektrownią jądrową na świecie.
Według OPG przedsięwzięcie pozwoliłoby stworzyć lub utrzymać ponad 10,5 tys. miejsc pracy w Ontario, a jego wkład w gospodarkę prowincji podczas całego okresu funkcjonowania mógłby sięgnąć około 235 mld dolarów.
Licencje na budowę i eksploatację miałyby zostać uzyskane w latach 30., natomiast produkcja energii mogłaby rozpocząć się w latach 40.
Burmistrz Port Hope podkreśla, że historyczne skażenie i nowa elektrownia są dwiema odrębnymi sprawami. Pierwsza jest konsekwencją działań sprzed wielu dziesięcioleci, podczas gdy nowy obiekt od początku podlegałby współczesnym standardom bezpieczeństwa i ochrony środowiska.
Podobnego zdania jest Chris Malcolmson z McMaster University. Jego zdaniem ryzyko związane z materiałami radioaktywnymi jest obecnie ściśle kontrolowane, a korzyści płynące z planowanej elektrowni „znacznie przewyższają” potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa.
„Zapłaciliśmy już swoją cenę”
Takie zapewnienia nie przekonują przeciwników inwestycji. 75-letnia Faye More uważa, że mieszkańcy Port Hope przez dziesięciolecia ponosili konsekwencje działalności przemysłu nuklearnego i nie chcą kolejnego takiego obiektu. Jej zdaniem społeczność jest traktowana jak miejsce, które można poświęcić dla realizacji polityki energetycznej prowincji.

Mini plakat na trawniku przed domem naprzeciwko planowanej elektrowni jądrowej w Port Hope
Sprzeciw widać również na posesjach. Przed domem Davida Erlanda i jego partnerki, gdzie właśnie usuwano skażoną ziemię, pojawiła się tablica z hasłem: „Największa elektrownia jądrowa świata? Nie w naszym Northumberland”. Erland zwraca uwagę na paradoks sytuacji: gdy z jego własnego podwórka usuwane są skutki działalności sprzed dziesięcioleci, rząd proponuje budowę kolejnego gigantycznego obiektu jądrowego.
Inni mieszkańcy opowiadają o wieloletnich remontach i oczyszczaniu swoich posesji. Autumn Woolsey powiedziała, że dopiero obecne lato jest pierwszym od ośmiu lat, podczas którego na jej nieruchomości nie prowadzi się żadnych związanych z tym prac. Sprzeciw wobec elektrowni tłumaczy troską o przyszłe pokolenia.
Obawy ma także Sarah Sculthorpe, której rodzina mieszka bezpośrednio przy terenie przewidzianym pod inwestycję. Obszar przeznaczony pod elektrownię liczy około 1300 akrów, z czego 700 uznawanych jest za tereny wrażliwe środowiskowo. Kobieta obawia się m.in., czy pozostanie wystarczająco dużo miejsca na strefę buforową oddzielającą reaktory od sąsiednich nieruchomości.
OPG zapewnia, że prowadzi szerokie konsultacje z mieszkańcami. Sama burmistrz Port Hope podkreśla natomiast, że nic nie zostało jeszcze ostatecznie przesądzone. Projekt znajduje się na wczesnym etapie i ma przejść kompleksową ocenę skutków środowiskowych, zdrowotnych, społecznych i gospodarczych, a także wpływu na społeczności rdzennych mieszkańców.
Przeciwnicy inwestycji nie zamierzają czekać bezczynnie. Organizują mieszkańców, kierują petycje do władz i nie wykluczają skierowania sprawy do sądu. Dla wielu z nich spór nie dotyczy wyłącznie przyszłości energetyki Ontario. Jest również rozliczeniem z historią miasta, które przez dziesięciolecia żyło z konsekwencjami decyzji podejmowanych bez pełnej świadomości ich skutków.




Komentarze (1)