Między Polską i Kanadą – spotkania Stanisława Stolarczyka z Jarosławem Abramowem-Newerlym
Między Polską i Kanadą – spotkania Stanisława Stolarczyka z Jarosławem Abramowem-Newerlym
Spotkania Stanisława Stolarczyka z Jarosławem Abramowem -Newerlym, wybitnym dramatopisarzem, kompozytorem, autorem tekstów piosenek, pisarzem, dziennikarzem, który żył i tworzył w Polsce i Kanadzie.
Jednopiętrowy dom w Toronto
W saloniku antyczne meble, pianino… Gospodarz zaproponował drinka. Ja jemu serię krótkich pytań.
– Zawód?
– Dramatopisarz…
– A poza tym?
– Kompozytor…
– Ale ostatnio już pan nie komponuje – przekomarzam się. – Zajmuje się pan tylko pisaniem…
– …to niech będzie, że i prozaik…
– Data urodzenia?
– 17 maja 1933 roku.
– Gdzie?
– W Warszawie. Tam przeżyłem wojnę i chodziłem do szkoły… – Po chwili zrobił groźną minę i roześmiał się: – Zaraz, zaraz, co to jest – przesłuchanie? Może skończmy z tą spowiedzią…
Tytułem uzupełnienia: W 1955 ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów brał czynny udział w życiu artystyczno-literackim uczelni. Debiutował w 1956 roku w Almanachu Młodych. W 1958-1959 pracował w redakcji “Tygodnika Polskiego” w Paryżu i jednocześnie odbył staż w Teatre National Populaire pod okiem dyrektora Jean`a Vilara. Był jednym z założycieli Studenckiego Teatru Satyryków w Warszawie (1954), pisał dla niego teksty, komponował muzykę, występował jako aktor. Z lat bliskiej współpracy z STS posiada znaczny dorobek literacki w zakresie tzw. małych form teatralnych (jednoaktówki, skecze, monologi, piosenki). Tam też wystawił swoją pierwszą pełnospektaklową sztukę “Esmeralda czyli baśń romantyczno-kryminalna” (1958).
Restauracja “Pod Samsonem” w Warszawie
Zamówiliśmy po porcji karpia po żydowsku i po pięćdziesiątce czystej. Stuknęliśmy się. Zakąsiliśmy.
Na spotkanie przyniosłem pachnącą świeżą farbą drukarską najnowszą książkę współbiesiadnika – “Lwy mojego podwórka”, w której – jak napisał wydawca (“Twój Styl”): “Stworzył niezwykłe portrety rodziców, przybliżył nam swojego ojca Igora Newerlego z czasu, gdy nie był jeszcze znanym pisarzem, wzruszająco nakreślił postać matki i starszych kolegów z podwórka”.
Zamówiliśmy po następnej pięćdziesiątce. Stuknęliśmy się. Zakąsiliśmy.
Jarosław Abramow-Newerly, patrząc z perspektywy czasu i odległości, zaczął wspominać:
– Pisząc tę książkę powróciłem do czasów mojego dzieciństwa. Odgrzebałem je z niepamięci i nagle przekonałem się, że te wspomnienia przynoszą wiele niespodzianek. Nie sądziłem, że mój dom przy Krasińskiego 16 na Żoliborzu w Warszawie jest niezwykły. Ludzie, których wówczas uważałem za zwyczajnych, dziś mają swoje miejsce w encyklopedii. Mało który dom może się pochwalić tak wieloma osobistościami: politykami, naukowcami, artystami. I taką liczbą ukrywających się w czasie wojny Żydów. Trzeba przyznać, że Żoliborskie “Szklane Domy” Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej były pod tym względem swoistą oazą w tych nieludzkich czasach. Mama była nauczycielką śpiewu i aktorką kukiełkowego teatrzyku “Baj”. Tata przed wojną był redaktorem, w czasie wojny szklarzem i stolarzem, po wojnie dyrektorem. Nic nie zapowiadało, że będę synem znanego pisarza Igora Newerlego, autora “Chłopca z salskich stepów”, “Pamiątki z Celulozy” czy “Zostało z uczty bogów”.
Tytułem uzupełnienia cytuję: “Z przedwojennego mego dzieciństwa zachowałem luźne obrazy – pisze Jarosław Abramow-Newerly w “Lwach mojego podwórka”. – Duży filodendron w drewnianej donicy obok mego łóżka, które tata sam zrobił. Idealnie wymierzył i dopasował do wnęki w ścianie. Z tego łóżka, ssąc palec (bardzo długo to robiłem), zobaczyłem z rana na nim banany. Nigdy ich wcześniej tam nie było. Rodzice twierdzili, że filodendron obrodził w nocy. W mig je zjadłem i czekałem na następne. Niestety filodendron nie chciał rodzić. Tylko raz zaowocował wraz z tym żartem”.
Kiedy wybuchła wojna, Jarek miał sześć lat. Był za mały, aby zdać sobie sprawę z jej okrucieństwa. W cztery lata później odczuł ją niezwykle boleśnie. Niemcy aresztowali ojca i wywieźli go, najpierw do obozu koncentracyjnego na Majdanku, następnie do Auschwitz, do Oranienburga i Belzen-Bergen.
– Pamiętam, tata wrócił dopiero, tuż przed Bożym Narodzeniem 1945 roku – zaczął wspominać dramatopisarz ten jeden z najpiękniejszych dni w jego życiu. – Stanął w drzwiach z ciężką drewnianą walizką własnej roboty. Byłem w szkole i mama mu otworzyła drzwi. Kiedy przyszedłem, stał w przedpokoju, obejmując ją mocno. Radośnie ruszył ku mnie i podniósł wysoko w górę, jak wtedy, gdy się ze mną żegnał, wyprowadzany przez Niemców z domu. Teraz znów w nim był i całując mnie zwycięsko, rzekł: – „Jestem, synu, widzisz? Twój tatko wrócił. Nie dał się, ło!” Mrugnął do mnie i zrobił swój charakterystyczny ryjek. Patrzyłem na niego zmieszany. – „Więc znów mam ojca? Nie jestem półsierotą?” – myślałem. – „Razem spędzimy imieniny mamy i Boże Narodzenie? I razem wybierzemy choinkę? To chyba niemożliwe”…
Teatr na Woli w Warszawie
Sztuka “Gęsi za wodą”, którą Jarosław Abramow-Newerly napisał w Kanadzie. W przerwie namówiłem dramatopisarza na kolejne zwierzenia. Tym razem o początkach jego fascynacji teatrem.
– Po wojnie, chociaż ukończyłem już kilka klas prywatnej szkoły podstawowej, poszedłem do tzw. „Jedynki” na Żoliborzu, wówczas Szkoły Podstawowej i Liceum im. Limanowskiego. Tutaj, jako gimnazjalista, zacząłem bawić się w teatr. Animatorem naszego ruchu był przyszły aktor Leszek Komarnicki, który w dziesiątej i jedenastej klasie, wraz z naszym nieodżałowanym nauczycielem polonistą, profesorem Zdzisławem Liberą, który prowadził kółko recytatorskie, zachęcił nas do teatru. Zaczęliśmy wystawiać jednoaktówki: Antoniego Czechowa “Jubileusz” i oczywiście Aleksandra Fredry “Zemstę” oraz “Śluby panieńskie”. Sztuki te reżyserował Leszek Komarnicki, natomiast tak cudownie się złożyło, że w tej obsadzie aktorskiej było co najmniej czterech późniejszych zawodowych aktorów, prócz filmowców oraz profesorów Akademii Sztuk Pięknych. Dość, że wymienię, iż w “Zemście”, gdzie grałem na zmianę Cześnika i Wacława, Zbyszek Zapasiewicz był Papkinem, Andrzej Żarnecki ze mną dublował role, występował Leszek Komarnicki i aktorka Maja Broniewska, która miała już za sobą rolę w filmie “Ulica graniczna”. W teatrze z nami był też Danek Szczechura, który obecnie jest wybitnym twórcą filmów animowanych, Marian Jonkajtys… Kurtynę „ciągnął” Wojtek Solorz. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale cała ta grupka była w jednej naszej klasie…
Jarosław Abramow-Newerly jest nie tylko znanym dramatopisarzem i prozaikiem. Jest też wspaniałym gawędziarzem. Kiedy opowiada, często, nie odbiegając od głównego nurtu rozmowy, okrasza ją dykteryjkami. Ot chociażby takimi jak ta:
– Zbyszek Zapasiewicz miał dwóch wujów, wybitnych ludzi teatru, Jana Kreczmara, który wówczas był rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie oraz gwiazdą Teatru Polskiego i drugiego – Jerzego Kreczmara, kierownika literackiego Teatru Współczesnego, a jednocześnie profesora w PWST. Chcąc się pochwalić, w jakim to teatrze gramy, zaprosił ich na nasze przedstawienie, aby je fachowo ocenili. Trzeba przyznać, że przyszli… i wylali Zbyszkowi na głowę przysłowiowy kubeł zimnej wody. Powiedzieli mu: Wiesz Jasiu, bo tak go wtedy nazywali w rodzinie, daj sobie spokój ze szkołą aktorską… Zbyszek tak się tym przejął – w szkole był prymusem – że poszedł studiować chemię na Politechnice Warszawskiej.
– Do szkoły aktorskiej jednak wstąpił – wtrąciłem.
– Dopiero w 1952 roku. Był wtedy na jednym roku z Janem Kobuszewskim i Janem Matyjaszkiewiczem. A wracając do naszego teatru, to jeszcze w szkole Leszek Komarnicki ze Zbyszkiem Zapasiewiczem – do dzisiaj nie wiem, dlaczego – siedzieli mi na karku, abym napisał jakąś sztukę teatralną. Namawiali, marudzili, że wreszcie napisałem. Zatytułowałem ją “Oni chyba mieli rację”. Była to krytyka szkolnego Zarządu Związku Młodzieży Polskiej. Po wystawieniu jej w klasie maturalnej nasz Zarząd ZMP tak się obraził, że poleciał na skargę do dzielnicy, gdzie kierownikiem propagandy i agitacji dzielnicy Warszawa-Żoliborz ZMP był wówczas Jerzy Wiatr. Przyznam, że wybuchł spory skandal, bo była to dość nietypowa sztuka w stylu realizmu socjalistycznego, ale pozwalająca sobie na młodzieńcze słowa krytyki.
Krakowski Trakt w Warszawie
Szliśmy ze Starówki w stronę Nowego Światu. Rozmawialiśmy, zatrzymując się często. Na dłużej zakotwiczyliśmy się przy księgarni koło bramy Uniwersytetu Warszawskiego, którą w 1951 roku przekroczył piegowaty maturzysta Jarek Abramow.
– Wybrałem polonistykę – zaczął wspominać pisarz studenckie czasy. – Zachęcał mnie do tego ówczesny profesor polonistyki, Zdzisław Libera. Na początku, jak to bywa na pierwszym roku studiów – wiało nudą. Później skumałem się z podobnym do mnie – poetyzującym Andrzejem Jareckim. A ponieważ grałem na pianinie, cała nasza grupa, która podobnie jak inne na filologii, miała przygotować jakiś występ słowno-muzyczny w ramach pracy kulturalno-oświatowej Zrzeszenia Studentów Polskich, skupiła się wokół mnie. Zaczęliśmy próby z “Sonatą księżycową” i recytacją wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Wtedy też, wspólnie z Andrzejem Jareckim, napisaliśmy piosenkę “Niech piosnka ta prowadzi nas przez świat” na konkurs ogłoszony przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Andrzej napisał słowa, ja miałem gotową melodię. Niestety, padła… Napisałem drugą – “Na UW, na UW…” do wierszyka wydrukowanego w “Po prostu”. I to też śpiewała cała nasza grupa…
– …i, takie to były początki słynnego STS-u… – pokiwałem głową.
– Z powstaniem Studenckiego Teatru Satyryków związana jest bardzo ładna anegdota – roześmiał się Jarek Abramow-Newerly. – Otóż, w 1954 roku, Teatr Syrena z okazji ówczesnego święta pierwszomajowego, podjął rezolucję, że zaopiekuje się jakimś artystycznym zespołem studenckim na Uniwersytecie Warszawskim. Wybór padł na grupę, którą stworzył Jerzy Markuszewski z Ziutą Utratą, Józefem Waczkowem, Henrykiem Malechą i jeszcze z paroma innymi osobami. I tak zaczęły się próby. Pewnego razu podszedł do mnie Marek Lusztig i powiedział: – Kolego, słyszałem, że kolega napisał jakieś dwie piosenki, może kolega przyszedłby do nas na próbę? Przyszedłem i przyniosłem wówczas dwa teksty moich skeczów i tę piosenkę, która tak sromotnie przepadła w konkursie. Popatrzyli, przeczytali i mówią: – Przychodź… Potrzebujemy własnych tekstów. Wtedy też na próbę przyprowadziłem dwóch moich kolegów z roku: Andrzeja Jareckiego i Witka Dąbrowskiego, który był już wówczas uznanym poetą „pokolenia pryszczatych”. Jego wiersze były publikowane na pierwszej stronie “Nowej Kultury”. Bardzo nam imponował, bo nie dość, że pisał, to był już w Kole Młodych Związku Literatów Polskich. W ten sposób, 2 maja 1954 roku doszło do naszego wspólnego pierwszego programu “To idzie młodość”. W programie tym była moja jedna piosenka i jakieś pantomimy…
– Czyżby syna znanego pisarza Igora Newerlego muzyka doprowadziła do STS-u, a nie teksty? – zapytałem przekonie.
– Tak. I zawsze to podkreślam.
“Rio Grande”, meksykańska knajpka w Toronto
Rozmowę zaczęliśmy od przejrzenia książki “Teatr Satyryków STS”, w której Ryszard Pracz napisał: “Takoż do zespołu piszącego dołączyli wkrótce poloniści: Witold Dąbrowski, Jarosław Abramow i Andrzej Jarecki; do zespołu aktorskiego m.in. Studenci Szkoły Teatralnej: Barbara Dudkiewicz, Andrzej Juszczyk – debiutujący wcześniej w STS-ie, Lech Komarnicki, Zbigniew Zapasiewicz i Andrzej Żarnecki. Mieliśmy już dwóch wspaniałych muzyków: Jerzego Tyszkowskiego i naszego długoletniego przyjaciela i „profesora” Marka Lusztiga”.
– Jarosław Abramow-Newerly zadebiutował jako autor monologów i skeczów w 1954 roku… –nakłaniałem pisarza do zwierzeń. – Był to drugi program Studenckiego Teatru Satyryków “Prostaczkowie”…
– Działalność STS-u praktycznie liczy się od tego drugiego programu.
– Dlaczego “Prostaczkowie”?
– Dlatego, że w tej naszej grupie było dwóch polonistów starszych od nas – Andrzej Wiktor Piotrowski i Andrzej Drawicz, który wówczas pisał pracę magisterską z poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. To on zaraził nas “Snem nocy letniej” w przekładzie swego ukochanego poety – Mistrza Ildefonsa. Szekspirowscy “Prostaczkowie” w niezwykle dowcipnym tłumaczeniu z głupia frant kreowali i krytykowali rzeczywistość. Ta postawa bardzo nam odpowiadała. Program ten zwrócił na nas, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, uwagę ludzi teatru i zaczęło się duże halo wokół naszego teatru studenckiego.
– Czyżby w tamtym okresie nie było konkurencji? – zapytałem.
– Pewną konkurencją dla nas była DSS, czyli Dziennikarska Spółdzielnia Satyryczna. Do DSS należała na przykład, nie kto inny jak Agnieszka Osiecka. Po “Prostaczkach” w “Po prostu”, napisała o nas niepochlebną recenzję. Zresztą, później jak przeszła do nas, wiele razy jej to wypominaliśmy. DSS stosunkowo szybko się rozpadł i wraz z Agnieszką przyszedł do nas ich czołowy aktor – Marian Kubera, jak również Wojciech Solarz ze swoim przyjacielem z dziennikarki, Januszem Gazdą. Natomiast wielka konkurencja w tymże 1955 roku wyrosła nam w Gdańsku – czego absolutnie się nie spodziewaliśmy. Wiedzieliśmy, że aktorzy z Krakowa, w tym Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela z Gdańska chcą stworzyć podobny do naszego teatr. Opowiadali nam nawet o tym, ale braliśmy to za tak zwane aktorskie gadanie. Aż nagle, na Przeglądzie Teatrów Studenckich w Warszawie wystąpił – i to w naszej sali kina “Energetyk” – “Bim-Bom” ze swoim programem “Acha”. Pamiętam, że kiedy koledzy przybiegli do mnie czerwoni z emocji, że ich program jest lepszy od naszej “Konfrontacji” – uznawanej przez nas za arcydzieło satyry i humoru – nie brałem tego poważnie. Uwierzyłem dopiero po obejrzeniu spektaklu. Nic dziwnego – otrzymali pierwszą nagrodę, my – drugą…
Później pewną konkurencją dla STS-u był także zespół satyryków ze “Stodoły”. Z czasem przeszli do nich aktorzy: Krystyna Chimanienko oraz Jan Stanisławski i Stanisław Tym.
Kolejnym programem STS-u było “Myślenie ma kolosalną przyszłość” i “Siódmy kolor czerwieni”. Twórczość studentów-satyryków zaczęła się coraz mniej podobać ówczesnym władzom. Zaczęto zakładać im komunistyczny kaganiec. STS wkroczył w swój najtrudniejszy okres, który trwał do wczesnych lat sześćdziesiątych. Działania wszechwładnej wówczas cenzury boleśnie dotknęły pierwsze pióro STS-u, Jarosława Abramowa.
– W 1958 roku STS przygotowywał mój pierwszy autorski program, pełnospektaklową sztukę muzyczną pod tytułem: “Esmeralda czyli baśń romantyczno-kryminalna”. Do premiery tej przywiązywałem ogromną wagę…
– Nic dziwnego – przerwałem – wszak muzykę do niej skomponował Jarosław Abramow, słowa napisał Jarosław Abramow i grał w niej… Jarosław Abramow.
– Faktycznie. Tańczył, śpiewał, recytował… – zaśmiał się dramatopisarz. – Była to na wskroś moja sztuka. STS podjął wtedy chyba największy wysiłek w całej swojej historii. Ansambl około 40 osób był połączeniem sił naszych utalentowanych młodych aktorów z aktorami zawodowymi i studentami Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. W roli głównej wystąpił Zbyszek Zapasiewicz, dublując się z Marianem Jonkajtysem, w drugiej roli – Wojciech Siemion. Tytułową rolę Esmeraldy grała Barbara Rylska z naszą koleżanką Danutą Kowalewską. Grali też dwaj bracia Kociniakowie, Marian i Jan… Treścią tej trzyaktowej sztuki był konflikt pomiędzy taborem cygańskim a organizacją kominiarską “Czarne szczęście”. Niestety, wykrakałem i konflikt, i “czarne szczęście”. Po generalnej próbie, na którą przyszła śmietanka Warszawy, wielu luminarzy politycznych, nie wyłączając trzech ministrów i paru partyjniaków z Komitetu Centralnego, którym sztuka, ponoć, prywatnie się bardzo podobała, cenzura zdjęła “Esmeraldę” tłumacząc, że jest to „literatura rozrachunkowa”. Sztukę dobił trzeci akt, kiedy to szef organizacji kominiarskiej – „Czarne szczęście” skazany został na śmierć, po czym rozstrzelany i pośmiertnie zrehabilitowany.
Jarosław Abramow-Newerly, chociaż od tamtego dnia upłynęło prawie pół wieku, nie krył swego rozgoryczenia.
– Był to dla mnie ogromny cios i niełatwo było mi się z niego otrząsnąć. Miałem pecha. Wtedy nastąpiło raptowne przykręcenie śruby. Tak, że kiedy zaproponowano mi wyjazd do Francji, ani chwili się nie wahałem, tylko złożyłem papiery o paszport. Sporą anegdotą było pytanie ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego, entuzjasty STS-u: – “I co? Zdjęli wam? O cholera! To łobuzy”! – Oczywiście w oryginale powiedział to dosadniej.
Redakcja tygodnika “Związkowiec”
Jarosław Abramow-Newerly. W 1999 roku pełnił w nim funkcję redaktora naczelnego. Byłem wtedy jego zastępcą. Któregoś dnia dowiedzieliśmy się z o wydaniu ostatniego numeru paryskiej “Kultury”. Szef powrócił wtedy do dni, kiedy to w latach pięćdziesiątych wysłano do Francji trzech “młodych zdolnych”. Jednego reżysera teatralnego – Andrzeja Szafiańskiego, drugiego reżysera filmowego – Romana Polańskiego i trzeciego młodego satyryka – Jarosława Abramowa.
– Był to mój drugi już pobyt we Francji – wspomniał dramatopisarz. – Pierwszy był w 1957 roku, kiedy to STS dostał zaproszenia na dwie – jak to określałem – przeciwstawne imprezy. Do Moskwy, gdzie reprezentowaliśmy młodą artystyczną grupę polską na Festiwalu Młodzieży i Studentów i do Francji, gdzie pojechaliśmy na winobranie. Wtedy to, co warto podkreślić, Agnieszka Osiecka przemyciła na Zachód “Cmentarze” Marka Hłaski. Z Dijon wybrała się do paryskiej “Kultury”, żeby zawieźć ten maszynopis. Wróciła i powiedziała: – Chłopcy, przyjęli mnie tam wspaniale. Zapraszają nas wszystkich… Po takiej propozycji i zebraniu niewielkiej ilości pieniędzy, całą grupą pojechaliśmy do Paryża. Oczywiście do Jerzego Giedroyca, Zofii i Zygmunta Hertzów, Marii i Józefa Czapskich, a więc do “Kultury”. Wtedy też doszło, chyba po raz pierwszy, do spotkania intelektualistów emigracyjnych, w tym między innymi Czesława Miłosza z młodzieżą z PRL-u, której oni nie znali, w tym nie tylko z STS-em, ale i Teatrzykiem Bim-Bom, ze Zbigniewem Cybulskim, Bogumiłem Kobielą. Kiedy przyjechałem drugi raz, pamiętał mnie z STS-u Jerzy Mond, który wówczas był sekretarzem redakcji w “Tygodniku Polskim”, ukazującym się w Paryżu. Romek Polański poszedł mieszkać do swojego szwagra. Był wtedy z Barbarą Kwiatkowską, a ja skierowałem swoje kroki do znanego mi Jerzego Monda (wcześniej wydrukował cztery moje teksty). Przyjął mnie bardzo życzliwie i zacząłem współpracę. Pisałem reportaże, w tym między innymi z walki kogutów w Lense na tzw. polskim górniczym “Nordzie” oraz relacje z najróżniejszych imprez polonijnych. Wtedy też spotkałem się z Zygmuntem Hertzem, który zapytał: – To co, kolego? A ja: – Nie mam gdzie mieszkać. Wracam do PRL-u. – A on: – Nie ma co się spieszyć. Zapraszam do “Kultury”. Chatę będzie pan miał, koryto też… – Zygmunt Hertz lubił używać języka młodzieży studenckiej. – Zamieszka pan na górce. Mamy wolny pokój… Skorzystałem z tej propozycji i okazało się – z czego ciągle śmiał się Jerzy Giedroyc – że jestem podwójnym agentem. Pracuję w “reżimowej gazecie, a mieszkam w ośrodku wrogiej propagandy”. Zawsze rano pytał: – “Co tam słychać u Monda”? A Mond, któremu powiedziałem, gdzie mieszkałem i który z czasem wybrał wolność: – “Jak tam u Giedroycia”? A przyznam, że mieszkało mi się tam wyśmienicie. Wspólnie jadaliśmy przy jednym stole. Wspólnie sprzątaliśmy, wspólnie zmywaliśmy naczynia. Każdy z domowników miał swój dyżur… Zygmunt Hertz mi ojcował.
Sady żoliborskie w Warszawie
Jabłonie uginają się pod ciężarem jabłek. Spacerujemy wąskimi alejkami w tym owocowym parku. Kiedy usiedliśmy na ławeczce, aby odsapnąć, Jarosław Abramow-Newerly zaczął odkrywać kolejne karty swojego życia.
– W STS-się realizowały się trzy moje marzenia. Pierwsze – przez trzy lata byłem aktorem i występowałem na scenie. Z czasem stwierdziłem, że to moje aktorstwo jest bez sensu i wycofałem się. Drugim moim marzeniem było komponowanie, a trzecim – pisanie. Najwierniejszy pozostałem pisaniu. Tak, jak mój tata… W latach 1960 -1966 pracowałem jako kierownik redakcji “Radiowego Teatru Młodych”. Pokój dzieliłem wraz z Włodzimierzem Odojewskim, który założył Studio Współczesne. Wtedy prezes Radiokomitetu, Włodzimierz Sokorski, postawił na młodych twórców. I tak, w dziale literackim na stanowiskach redaktorów zaczęli pracować tacy początkujący wówczas pisarze, jak: Jerzy Krzysztoń, Władysław Terlecki, Kazimierz Orłoś i Janusz Krasiński. W redakcji zaś składali teksty ich koledzy: Stanisław Grochowiak, Ireneusz Iredyński, Zbigniew Herbert. Przed ich pojawieniem się w radiu praktycznie oryginalne słuchowiska nie istniały. Pierwszym i najsłynniejszym był “Zegarek” Jerzego Szaniawskiego, napisany na konkurs w 1925 roku. Tak więc lata sześćdziesiąte były złotym okresem Teatru Polskiego Radia. Wtedy też i ja napisałem swoje pierwsze słuchowisko, gdzie nie musiałem być śmieszny. Tak powstała “Zasada”. Reżyserował je Jan Świderski. W obsadzie znalazło się dwoje młodych aktorów po PWST, Adriana Godlewska i Krzysztof Kowalewski. „Zasady” wysłuchał dyrektor teatru w Kaliszu Tadeusz Kubalski. Zadzwonił do mnie i zaproponował, bym przerobił słuchowisko na sztukę teatralną. – „Dobrze, spróbuję” – odparłem i tak, w 1962 roku, odbył się mój podwójny debiut. Z jednej strony w Kaliszu wystawiono “Zasadę”, z drugiej na małej scenie w Teatrze Ateneum odbyła się premiera trzech moich jednoaktówek, pod wspólnym tytułem “Remanent”…
Radiowa szkoła słuchowiskowa umożliwiła wówczas początkującemu dramatopisarzowi łagodne przejście od skeczu do jednoaktówki, a później do sztuki teatralnej. Długo nie czekał na propozycję. Namawiany przez Jana Świderskiego, zaraz napisał z Andrzejem Jareckim sztukę “Duże jasne”. Wystawił je Jerzy Markuszewski w 1962 roku w “Ateneum”. Tym razem już na dużej scenie.
Wtedy też STS zszedł na drugi plan. W 1969 roku Jarosław Abramow napisał skecz “Mogło być gorzej”. Był to tekst pożegnalny. Ostatni.
Tak jak wilka ciągnie do lasu, tak młodego dramaturga ciągnęło jednak do teatru. Nie wyobrażał sobie życia bez Polski. Kiedy wrócił, od razu przyjaciele z STS-u zaproponowali mu napisanie muzyki do nowego spektaklu “Oskarżeni”, pióra Agnieszki Osieckiej i Andrzeja Jareckiego. Wystawiony w STS-ie w 1961 roku, grany przez Alinę Janowską i Wojciecha Siemiona spektakl ten zyskał olbrzymią popularność. Stamtąd właśnie pochodzą takie piosenki jak: “Widzisz mała jak to jest” czy “Polka kryminalna”…
Kiedy zapytałem o historię powstania wielkiego przeboju –”Okularnicy”, kompozytor uśmiechnął się:
– W 1963 roku odbył się pierwszy Festiwal Piosenki w Opolu, który nie był wtedy jeszcze obstawiony przez chałturszczyków i działaczy politycznych. Jurorzy (przewodniczącym był wówczas Stefan Kisielewski) przyszli na przedstawienie i oglądali naszą składankę. Kiedy weszli na salę, akurat Ziuta Utrata, żona Marka Lusztiga, śpiewała “Okularników”. Piosenka ta tak im się podobała, że wraz z Agnieszką otrzymaliśmy pierwszą nagrodę. Przyznam, że nie byłem wówczas na tym festiwalu. I raptem dowiedziałem się, że gdzieś, na jakimś festiwalu w Opolu, dostałem nagrodę za muzykę. Nie bardzo wiedziałem, co to za piosenka, bo nie miała takiego tytułu. Śpiewana była w bloku trzech utworów, pod wspólnym tytułem – “Marne widoki”. Potem “Okularników” śpiewała Alina Janowska, Zofia Kucówna, Sława Przybylska i niemal… cała Polska.
– Skąd to zainteresowanie muzyką?
– Mama była nauczycielką śpiewu i bardzo wcześnie posłała mnie na lekcje muzyki. Już jako mały chłopiec chodziłem na naukę gry na fortepianie. Przyznam, że i od najmłodszych lat zdradzałem pewien dar do komponowania melodii. Mając pięć lat napisałem nawet coś, co nazwałem “Galop koni, opus 1”. Później w szkole skomponowałem walca, którego do dziś pamięta mój kolega z klasy Zbyszek Zapasiewicz…
W domu pisarza w Toronto
Tym razem w jego pracowni na górce, gdzie na zabytkowym biurku stoi na honorowym miejscu zdjęcie ojca Igora.
Na moje pytanie:
– Jak leci?
– Wyśmienicie! – odpowiedział radośnie. – Właśnie zacząłem pisać nową książkę. – Sięgnął po rękopis i zaczął czytać: – „Sypie drobny, suchy śnieg. W nocy ten śnieg ma się zmienić w deszcz, by ranek zaskoczył słońcem, z ostrym wiatrem od bieguna i temperaturą minus dwadzieścia. Wierzyć się nie chce, że tak będzie – ale będzie. W Kanadzie prognoza zawsze się sprawdza…”. – Od dawna powinienem zacząć tę książkę. Zabieram się do niej od roku. Akcja ma się dziać na Podolu, w zapadłym kącie Polski, której już nie ma – gdzieś między Kopyczyńcami a Czortkowem, blisko Husiatyna i dawnej granicy na Zbruczu. Skąd ten Zbrucz? Dlaczego mnie tak pociąga? Może dlatego, że w 1924 roku przekraczał go nielegalnie mój ojciec, uciekając z Sowietów do Polski i o tej ucieczce słyszałem od dziecka? Te egzotyczne, kresowe nazwy zawsze mnie fascynowały: Buczacz, Wołkowysk… Może więc w świecie najwcześniejszego dzieciństwa trzeba szukać źródeł późniejszych fascynacji? I tym tropem iść?
Pisarz przerwał czytanie swojej powieści, do której dość długo się zabierał, ale jak zaczął pisać, to i w bardzo szybkim czasie ją zakończył. Bodajże na 680. stronie. Jej tytuł: “Nawiało nam burzę” – saga rodziny Wawrowów, która do Kanady przybyła kilkadziesiąt lat przed pisarzem.
Kiedy zapytałem o losy jego rodziny, odpowiedział:
– Do Kanady przyjechałem z całą rodziną w 1985 roku. Wanda, moja żona, po doktorocie z immunologii, otrzymała stypendium w Quens University w Kingston. W miesiąc po przyjeździe, kiedy całe laboratorium Johna Rodera przeniesiono do Toronto, do Mount Sinai Hospital, zamieszkałem w tym mieście, które stanowi istną Wieżę Babel. Tytułem dygresji dodam, że mojego tatę w obozie wyzwoliła w kwietniu 1945 roku… kanadyjska dywizja pancerna. W samą porę. Ocenił wtedy swoje siły na jakieś trzy dni. Ważył 38 kilo i był żywym trupem, tak zwanym muzułmanem. Wokół się tacy snuli i po wyglądzie poznawali, ile taki muzułman wyżyje. Nabrali już wprawy. Umierali również na oczach zwycięzców. Nie mogąc się dowlec do swych wybawców, konali u progu wolności. Tylko łzy cieknące po twarzy świadczyły, że ten szkielet ludzki jeszcze żyje. Wstrząśnięci tym widokiem Kanadyjczycy rzucali im z czołgów jedzenie. Nie podejrzewali nawet, że tym ludzkim odruchem powiększą tylko stertę trupów. Trzeba było nie lada hartu, by wyrzec się tych smakowitości i zacząć od postnej kaszki. Odwykłe od jedzenia żołądki nie wytrzymywały tej porcji wolności. Mój ojciec wykazał taki hart. Dlatego przeżył wojnę…
Kiedy żona chodziła do pracy, a córka Marysia do szkoły, dramatopisarzowi nie wystarczyły tylko spacery z ulubionym psem Websterem. Zaczął przyglądać się życiu, które zawsze go pasjonowało. Po spotkaniu młodego Polaka, którego nazwał Zdzichem Szczawińskim, zaczął tworzyć jego zabawną postać. Tak powstał cykl odcinków “Pan Zdzich w Kanadzie”, które w latach 1986-1988 ukazywały się w “Związkowcu”. Później stały się wielkim przebojem Radia Wolna Europa i Polskiego Radia. Czytane brawurowo przez Mariana Kociniaka, który wspaniale wcielił się w radiowego pana Zdzicha, zyskały ogromną popularność. Zostały także nagrane na kasetach. Doczekały się też kilku wydań książkowych oraz rozprawy naukowej profesora Władysława Kupiszewskiego w Instytucie Języka Polskiego UW, w Zakładzie Historii Języka Polskiego i Dialektologii.
„Pan Zdzich, narrator i bohater powieści, opuścił Polskę w 1985 roku, jakiś czas przebywał w Niemczech Zachodnich, zwiedził różne strony świata, aż wreszcie osiadł w Kanadzie – napisał autor rozprawy naukowej. – Te fakty biograficzne są bardzo ważne, ponieważ w dużym stopniu tłumaczą ową rzeczywistość językową będącą ewenementem potoczności w literaturze, dotychczas na tę skalę niespotykanym. Tłumaczą także występowanie w tym języku elementów obcych, zapożyczeń rosyjskich, niemieckich i angielskich”.
– Z obserwacji mieszkańców Toronto zrodziły się też moje kolejne sztuki: “Duch Atlantydy” – zauważył Jarosław Abramow-Newerly, którą osadziłem w realiach tego wielkiego miasta, wśród emigrantów różnych narodowości, natomiast “Gęsi za wodą”, chociaż istotnie pisane były za wielką wodą, to jednak wyrastają z moich obserwacji i doświadczeń polskich…
Okres kanadyjski dramatopisarza to jednak nie teatr, a przede wszystkim proza. Zaczęło się od “Aliantów”. Później z wielkiej przyjaźni ze znanym działaczem polonijnym, animatorem i długoletnim, a teraz honorowym prezesem Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza, Tadeuszem Gonsikiem, zrodziła się biograficzna książka “Kładka przez Atlantyk”. Po niej przyszły kolejne, aż wreszcie w swojej powieści “Lwy mojego podwórka”, Jarosław Abramow-Newerly przybliżył postać matki i ojca Igora Newerlego, w którego ślady poszedł.
Kiedyś w miesięczniku „Twórczość” ukazała się recenzja książki Jarosława Abramowa „Lwy STS-u”, pióra Sławomira Sobieraja pod tytułem „Piękni w czasach szpetnych”. Napisał on między innymi: „Wydaje się, że można nazwać Abramowa kontynuatorem modelu pisarstwa eseistyczno –biograficznego, jaki stworzył jego ojciec, Igor Newerly w książkach: „Za Opiwardą, za siódmą rzeką” i ”Zostało z uczty bogów”. Z pewnością kronika stalinowskich czasów szpetnych Abramowa-Newerlego jest mniej filozoficzna od esejów Miłosza (przyp. „Zniewolony umysł”), mniej plotkarska od wspomnień Osieckiej („Szpetni czterdziestoletni”, przyp. aut.) i zarazem mniej zmistyfikowana od kultowego utworu Hłaski („Piękni dwudziestoletni”, przyp. aut.). I chociażby z racji tych trzech powodów zasługuje na szczególną uwagę. Osobisty wymiar wspomnień potrafił autor sprowadzić do spowiedzi skorelowanej z faktograficznymi zapisami źródłowymi, które obficie przytacza.
– No, cóż… – jak to w 1966 roku powiedział wszechwładny szef ideologiczny KC PZPR, towarzysz Zenon Kliszko, przesłuchując Igora Newerlego w sprawie Leszka Kołakowskiego, a wkrótce potem zdejmując sztukę jego syna Jarosława ze sceny Teatru Polskiego w Warszawie: – Wszak niedaleko pada jabłko od jabłoni…
STANISLAW STOLARCZYK









Komentarze (0)